Twoja intencja mszalna została wysłana.

Wystąpił nieoczekiwany błąd formularza.
Proszę spróbować ponownie.

Wyszukiwarka

Święty

Krzyż

25-26.11.2022r - Nocne Czuwanie Modlitewne na Świętym Krzyżu w intencji Kościoła i Polski

Strona główna » Aktualności » 25-26.11.2022r - Nocne Czuwanie Modlitewne na Świętym Krzyżu w intencji Kościoła i Polski

wielkość tekstu: A | A | A

W piątek wieczorem rozpoczęło się na Świętym Krzyżu nocne czuwanie modlitewne w intencji Kościoła i Polski. Był Apel Jasnogórski, różaniec, konferencja br. Tomasza Protasiewicza OFMCap zatytułowana "Święty O. Pio wobec Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego", modlitwa ekspiacyjna za zniewolenie Krzyża Świętego w Polsce, msza św., Droga Krzyżowa, modlitwa uwielbienia, adoracja Najświętszego Sakramentu, modlitwa indywidualna przy relikwiach Krzyża Świętego i relikwiach Św. O. Pio oraz Koronka do Bożego Miłosierdzia. W czuwaniu brało udział ponad 350 osób. Najwytrwalsi modlili się do godziny 5.00.


Tekst konferencji o O. Pio wygłoszonej podczas tego czuwania:
„Kto chce znaleźć Pana, odnajduje Go na krzyżu. Stąd, kto ucieka przed krzyżem, tym samym opuszcza też Pana. Gdzie krzyż, tam Pan; gdzie Pan, tam krzyż; tam też kieruj gorące pragnienia. Znalezienie ukrzyżowanego Pana nie mija bezowocnie” – tak pisał św. Bonawentura. Drodzy, Pan dzisiejszego dnia, w tym pięknym miejscu, na Świętym Krzyżu, podczas modlitewnego czuwania z Matką Bożą i św. Ojcem Pio, stawia przed nami rzeczywistość krzyża, rzeczywistość naszego zbawienia, rzeczywistość chyba najbardziej tajemniczą, choć tak bardzo mocno wpisującą się w naszą ludzką, ziemską egzystencję, a nawet w naszą codzienność. By się o tym przekonać, wystarczy zaglądnąć do szpitali, DPS-ów, posłuchać o bólu prześladowanych, zdradzonych, załamanych, posłuchać płaczu niewinnych dzieci, zobaczyć absurd wojen (UA), upokorzenie bezbronnych, głód milionów, spojrzeć na nasze osobiste doświadczenie. Czasem można by mieć wręcz wrażenie, że krzyż stał się nieodłącznym towarzyszem naszego życia, często przez wielu niechcianym i odrzucanym. Bo może jesteśmy jeszcze w stanie słuchać pięknych kazań, opowiadań, świadectw o doświadczeniu krzyża w życiu innych. Jednak kiedy krzyż dotknie naszego życia, pojawi się w mojej codzienności, bo przyjdzie choroba, bo dotknie mnie, lub bliskich jakieś nieszczęście, bo umrze osoba którą kocham… wówczas nie jest łatwo z wiarą wpatrywać się w znak krzyża. Kiedy jesteś tu w kościele, w tej Bazylice, będącej sanktuarium relikwii Drzewa Krzyża Świętego, możesz stawać wobec Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego, kontemplować tajemnicę Jego cierpienia, bo ten krzyż zawsze tu jest, trudno go nie zauważyć. Ale czy ty patrzysz na niego? A jeśli to czynisz, to co widzisz? Zobacz, to jest Zbawiciel świata, twój Zbawiciel, zakrwawiony i umęczony. Wielu ludzi dziś na świecie, kiedy patrzy na krzyż – taki Jezus im się nie podoba, nie chcą takiego Boga. Bo jeśli zatrzymamy się tylko na tym, co zewnętrzne – to Bóg przegrał… bo cierpiał, bo umarł… Wielu mówi dziś, świat krzyczy dziś – nie chcę takiego Boga, bo On cierpi, a ja nie chcę cierpieć, boję się cierpienia… bo On umiera, a ja nie chcę umierać. Czy chcesz być uczniem takiego Boga? Sam przecież zaprosił cię na taką właśnie drogę, kiedy powiedział: „Jeśli ktoś chce iść za mną… kto chce zachować swoje życie…” Czy chcesz być uczniem takiego Jezusa? Bo możemy być jak Judasz – on rozczarował się Jezusem, zdradził Go. A Ty nie rozczarowałeś się nigdy Jezusem? Tyle się modlisz a tu wciąż nic. Czemu, skoro Bóg jest wszechmocny, nie uczynił nic by było inaczej, czemu często milczy, dlaczego tylko umiera. Drodzy, jeśli zatrzymalibyśmy się w tym miejscu, na tym, co w krzyżu zewnętrzne, jeśli wszystko kończyłoby się tylko na cierpieniu i śmierci, nic by nie miało sensu… Ale na szczęście jest coś dalej, coś więcej, coś niesamowitego – dobra, najlepsza nowina – a mianowicie to, że Jezus zmartwychwstał, pokonał cierpienie i śmierć – jest, żyje. I to jest paradoks: krzyż, narzędzie zbrodni, stało się drzewem życia, przyczyną naszego zbawienia. Jezus oddał swoje życie za nas – to wydarzenie historyczne dało zbawienie wszystkim – tym, którzy żyli kiedyś i tym, którzy przyjdą po nas. Tu, w krzyżu, jest odpowiedź. Na tę tajemnicę naszego życia jaką jest cierpienie, nie sposób znaleźć odpowiedzi bez krzyża. Bo wystarczy odrzucić krzyż, ominąć go, nie dostrzec, aby znaleźć się w świecie bezsensu i ciemności (BN). Bez krzyża trudno jest to wszystko pojąć. Trzeba więc mieć odwagę pójść za Jezusem właśnie tą drogą. 1 Tak uczyniła Maryja, tak czyniło wielu świętych wszystkich wieków. Tak pragnął uczynić w swoim życiu nasz dzisiejszy patron, św. o. Pio. Zobaczmy jak to konkretnie realizowało się w jego życiu. Jaka była jego postawa wobec Jezusa Chrystusa Ukrzyżowanego. Powołanie o. Pio, jego osobisty charyzmat, dokładnie określił o. Benedetto w odpowiedzi na pełen obaw list, opisujący mistyczne zjawisko przebicia serca o. Pio: „To wszystko, co dokonuje się w Tobie, jest skutkiem miłości, jest próbą, jest powołaniem do dzieła współodkupienia, a więc jest źródłem chwały. Fakt posiadania rany dopełnia Twoją mękę, jak dopełnił Mękę Ukochanego na krzyżu”. To powołanie miało dokonać się więc nie inaczej, jak tylko na drodze naśladowania Jezusa Ukrzyżowanego. Krzyż był latarnią, która rzucała światło na każdy krok jego bolesnej drogi oraz niewyczerpanym źródłem heroizmu jego powołania. Mimo ogromnego bólu, którego doświadczał, nie chciał, by stał się on lżejszy, by Jezus zmniejszył jego udrękę. Towarzyszyła mu bowiem świadomość, że tylko na drodze cierpienia jest w stanie pomóc Chrystusowi w zbawianiu dusz. Pan Bóg od początku współpracował z jego duszą w tym ukrzyżowaniu, realizując zamierzony przez siebie cel poprzez liczne i zarazem tajemnicze zmagania, co jeszcze bardziej utwierdzało o. Pio w przekonaniu, że jego bolesna droga prowadzi prosto na Golgotę. „Ile razy – zapytał mnie Jezus niedawno – opuściłbyś Mnie mój synu, gdybym Cię nie ukrzyżował? Pod krzyżem uczy się kochać, a ja nie daję go wszystkim, ale tylko duszom, które są mi droższe”. Duchowość o. Pio naznaczona była cierpieniem już od dzieciństwa i towarzyszyła mu przez całe życie. Wybór życia zakonnego motywowany był gotowością zjednoczenia się z Chrystusem i naśladowania św. Franciszka. „Kiedy młody Francesco spotkał br. Camillo – włoskiego kapucyna chodzącego po kweście, zapragnął by pójść za Jezusem śladami św. Franciszka z Asyżu – by zostać kapucynem. Broda i brązowy habit z kapturem pociągały go wówczas najbardziej. Wielka była radość tego prostego chłopca, kiedy w 1903 roku, pomimo różnych przeszkód i trudności, został przyjęty do nowicjatu kapucynów w Morcone, gdzie otrzymał swój upragniony i wymarzony brązowy habit z kapturem oraz nowe imię – br. Pio. Droga jego formacji zakonnej nie była jednak łatwa. Brat Pio doświadczał wówczas wielu trudności. Powoli stawało się także jasnym dla przełożonych, że jest on zakonnikiem o słabym zdrowiu i nie wiadomo jaka będzie z tego powodu jego przyszłość w Zakonie. Brat Pio przyjmował jednak wszystko z wielką pokorą i zaufaniem Bogu. Jego wielkim marzeniem było kapłaństwo. Ponieważ istniało zagrożenie jego życia i nikt nie był pewny, czy dożyje on momentu, w którym będzie mógł być wyświęcony na kapłana, był zmuszony poprosić o pozwolenie na wcześniejsze przyjęcie święceń, by jak sam mówił, odprawić choćby jedną, jedyną Mszę św. w swoim życiu. Po otrzymaniu święceń kapłańskich, ze względu na zły stan zdrowia, Ojciec Pio musiał przez 6 lat przebywać w swojej rodzinnej miejscowości, nie mógł więc zamieszkać w klasztorze. Żył przez cały ten czas w wielkiej niepewności i udręce, czując się niegodnym synem św. Franciszka, gdyż droga jego powołania wydawała się niemożliwa do wypełnienia. Ówczesny generał kapucynów podjął nawet próbę definitywnego rozwiązania problemu i zwrócił się z prośbą do Watykanu o usunięcie Ojca Pio z Zakonu. Przerażony tą wiadomością Zakonnik, skarżył się podczas jednej z wizji św. Franciszkowi słowami zapisanymi przez jego kierownika duchowego: „Ojcze Seraficki, wyrzucasz mnie ze swojego Zakonu? Nie jestem już dłużej twoim synem? Po raz pierwszy objawiasz mi się, św. Franciszku i wysyłasz mnie do ziemi wygnania? Ojcze, to jest wolą Bożą? W takim razie: Fiat! Ale Jezu mój pomóż mi!”. Jego największe marzenie, by naśladować Pana na drodze życia zakonnego, by być kapucynem, kapłanem, by każdego dnia sprawować Najświętszą Ofiarę, nagle to wszystko miało legnąć w gruzach. Pomimo jednak ogromnego bólu i rozterki, o. Pio do końca ufał Panu i z wielką pokorą pragnął wypełnić Jego wolę do końca. Na szczęście nie został usunięty z Zakonu i po 6 2 latach pobytu w rodzinnej miejscowości udało się w końcu przenieść go do klasztoru w San Giovanni Rotondo, gdzie spędził resztę swojego zakonnego i kapłańskiego życia. Ojciec Pio przez ponad 50 lat swojego pobytu na wzgórzach Gargano także doświadczył wielu upokorzeń i przeszedł wiele trudnych prób – tak tych zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Do tych pierwszych można zaliczyć: liczne choroby, ogromne, fizyczne bóle, wysokie gorączki, które często zagrażały nawet jego życiu. Miewał częste bóle w klatce piersiowej, w kręgosłupie, w lewym płucu, zaburzenia pracy żołądka uniemożliwiające normalne przyjmowanie pokarmów, osłabienia, obfite poty, bóle reumatyczne i zapalenie płuc. Niektórzy bardzo dziwili się, że człowiek z tak słabym organizmem i tyloma sytuacjami, w których bliski był już śmierci, mógł dożyć 81 lat. Obok cierpień fizycznych bardziej dokuczliwe były cierpienia moralne i duchowe. Wśród moralnych cierpień były takie jak: uporczywe pokusy przeciwko wierze, nadziei, miłości; lęk przed nadużywaniem sakramentów, przed potępieniem wiecznym, przed utratą łaski uświęcającej, przed obrażeniem Boga; osamotnienie; oschłości. Poza tym miał także ciemności duchowe: nieustanny stan walki ze złym duchem, który po okresie fizycznego znęcania się nad ciałem, atakował duszę Ojca Pio; przerażające wizje piekła; cierpienia jako spowiednika płynące z kontaktu z grzechem; odrzucenia i niedowierzanie; ograniczenia i zakazy oraz odosobnienia, których doświadczał od ludzi, także swoich współbraci, włącznie z pozbawieniem go możliwości posługi kapłańskiej. Jednym z najtrudniejszych doświadczeń, momentów odrzucenia i dojmującej samotności, było to, co wydarzyło się w 1931 roku. Otóż wieczorem 9 czerwca tego roku, do klasztoru w San Giovanni Rotondo dotarł dekret Świętego Oficjum, zawieszający Ojca Pio w pełnieniu jakiejkolwiek posługi kapłańskiej, za wyjątkiem Mszy Świętej odprawianej w wewnętrznej kaplicy konwentu w obecności posługującego. Ówczesny gwardian zapisał później w klasztornej kronice: „Byłem zmuszony przedstawić Ojcu Pio dekret… Zdobywszy się na odwagę, po Nieszporach, kiedy o. Pio jak zwykle zatrzymał się jeszcze w chórze, by się modlić, wezwałem go do salki rekreacyjnej, gdzie szybko przybył. Tu odczytałem mu dekret Świętego Oficjum, który zakazywał mu celebrować publicznie oraz słuchać spowiedzi wiernych, jak i osób konsekrowanych. On, podnosząc oczy ku niebu, powiedział: „Niech się dzieje wola Boża!”. Potem nakrył oczy rękami, pochylił głowę i już nic nie mówił. Próbowałem pocieszać go, ale on znajdował ukojenie tylko w Jezusie wiszącym na krzyżu. Chwilę później wrócił do chóru i pozostał tam do późnej nocy. W ciągu następnych dwóch lat próby, Ojciec Pio nigdy się nie skarżył; był zawsze pokorny i cierpliwy dla wszystkich. Ci, którzy próbowali go pocieszać, nigdy nie usłyszeli najmniejszej skargi na władzę kościelną i zakonną. Dla niego była to wola Boża”. Ojciec Agostino, drugi kierownik duchowy o. Pio, przybywszy w tym czasie do San Giovanni Rotondo, znalazł go, jak sam wspomina, bardzo smutnym: „Gdy tylko znaleźliśmy się w jego celi, zaczął płakać. Poruszyło mnie to, ale zdołałem powstrzymać moje wzruszenie i pozwoliłem mu płakać przez kilka minut. Później rozmawialiśmy. Drogi Ojciec powiedział mi, że do głębi przeżywa tę nieoczekiwaną próbę. Starałem się podnieść go na duchu jak tylko mogłem, powiedziałem mu, że trzeba być posłusznym do końca”. Od 1931 do 1933 roku Ojciec Pio był kapłanem bez wiernych gromadzących się wokół ołtarza. Był spowiednikiem, którego konfesjonał zamknięto dla dusz szukających miłosierdzia Bożego. Przez 10 lat był chrześcijaninem bez możliwości kontaktu ze swoim kierownikiem duchowym. Nie mógł również utrzymywać korespondencji. Choć jego krzyż wydawał się coraz cięższy, święty Zakonnik z wielką pokorą i poświęceniem znosił wszystkie cierpienia, oddając je Bogu. Przez całe życie Pan Bóg nie szczędził Ojcu Pio swojego krzyża, ale i ogromnej łaski. Do jednej ze swoich córek duchowych pisał: „Cierpienie jest moim chlebem powszednim, moją rozkoszą. Biada temu, kto chciałby stanąć między mną a krzyżem”. W innym liście opisuje zaś 3 swoją wielką miłość i prawdziwe przylgnięcie do Chrystusowego Krzyża: „Ojcze jakżesz słodkie jest słowo Krzyż! Tutaj, u stóp Krzyża Jezusa, dusze okrywają się światłem i rozpalają się miłością; tu otrzymują skrzydła, aby poderwać się do najwyższych lotów. Nie ma żadnych wątpliwości, że Krzyż niesiony dla Niego staje się tak słodki jak miłość”. Poprzez otrzymanie tak wielkiego i niezasłużonego daru powołania, o. Pio, miał uświęcać siebie i uświęcać innych. Uświęcić siebie znaczyło pozwolić fizycznie i duchowo przybić się do krzyża, a przez to nie tylko być dla innych uświęcającym przykładem i świadkiem Jezusa Ukrzyżowanego, ale również za nich z Chrystusem ofiarować całe swoje życie. Skąd Ojciec Pio czerpał tak wielką duchową siłę do cierpliwego dźwigania tylu trudnych życiowych doświadczeń? Skąd brała się jego ogromna pokora i wręcz dziecięca ufność Panu? Z modlitwy i bliskości z Jezusem. W Panu znajdował sens swojego życia, zrozumienie wyjątkowej misji, do wypełnienia której powołał go Pan. Dlatego, swoje życie spędzał na modlitwie, z niej uczynił źródło życia. Długie godziny spędzał na adoracji i modlitwie różańcowej. To z tego pokornego, codziennego stawania przed Panem, by Jemu oddawać chwałę, zasłuchania się w Jego słowo, rodziła się miłość i wrażliwość na ludzi, którym z gorliwością posługiwał w konfesjonale i kierownictwie duchowym oraz z którymi rozeznawał wolę Pana. Stąd rodziła się wytrwałość w cierpieniu i umiłowanie krzyża, przylgnięcie na wzór Franciszka z Asyżu do Jezusa ubogiego, pokornego i ukrzyżowanego. Im bliżej Golgoty, tym Jezus zapowiadał jeszcze większe znaki swojej szczególnej miłości: „Mój synu, miłość poznaje się w bólu; odczujesz go ostry w swoim duchu, a jeszcze bardziej poczujesz go w ciele”. Jest to swoista obietnica krwawego uczestnictwa w Męce Pana, która osiągnie swój szczyt i dopełnienie w stygmatyzacji. 20 IX 1918 roku podczas modlitwy przed krzyżem znajdującym się na chórze zakonnym, w mistycznym przeżyciu otrzymał krwawiące rany Pana Jezusa, stygmaty, znamiona 5 ran Zbawiciela. Odtąd wylewał krew za ludzi aż do śmierci. Po otrzymaniu stygmatów życie Ojca Pio przemieniło się w wielką katorgę. Cierpienia nasilały się zwłaszcza od czwartku wieczora do soboty, jak również we wtorek. O. Pio porównywał ten ból do przebijania szpadą. Towarzyszyło temu złe samopoczucie. Utrapienia te przeszkadzały mu w pracy i modlitwie, mimo to starał się zachować spokój ducha i dziękować Bogu, który tak boleśnie go dotykał. Pisał: „Wszystkie utrapienia i katusze żyjących ludzi, zebrane razem w jedno, biorę na siebie, o mój Boże i pragnę mieć choćby tylko ich małą cząstkę. Ja niczego innego nie chcę i nie pragnę, jak tylko tego, by umrzeć lub dalej kochać Boga; albo śmierć, albo miłość. Albowiem życie bez miłości jest gorsze od śmierci”. Nad celą, w której mieszkał o. Pio, umieszczony był napis: „Krzyż jest zawsze gotów i czeka cię wszędzie”. O. Pio nazywając swoje stygmaty ukrzyżowaniem, miał świadomość realizmu krzyża, od którego nie da się w życiu uciec. Przyjmując krzyż, rozumiał go jako środek zjednoczenia z Jezusem w dziele odkupienia dusz. Dopełniając w swoim ciele udręk Chrystusa, czynił to dla dobra Kościoła. Sam jednak znajdował w tym szczęście, które dodawało mu sił i czyniło jego ofiarę doskonalszą. Zastanawiając się nad tajemnicą o. Pio, Pietro Tartaglia, jego biograf, porównuje życie . Pio do Misterium Paschalnego Chrystusa, a zniknięcie stygmatów interpretuje jako znak jego zmartwychwstania, który po udrękach ciała zyskał radość zbawionych. Fenomenu o. Pio nie można zrozumieć jednak jeśli pominie się jego kapłaństwo, a zwłaszcza sakrament Eucharystii, która stała się dla niego rzeczywistym centrum życia. Tu bowiem, łącząc swoje cierpienia z prawdziwą Ofiarą Chrystusa, wciąż na nowo uobecniał tę największą tajemnicę Bożej miłości do człowieka. Wraz z Jezusem umierał na ołtarzu oddając się dobremu Ojcu i prosząc go za swoich braci. Eucharystia stała się dla niego „źródłem i szczytem, fundamentem i centrum całego jego życia i dzieła”. Stała się miejscem wypełnienia jego misji i jego powołania. 4 Dla o. Pio ołtarz podczas Eucharystii stawał się mistyczną Kalwarią, na której odtwarzał on Mękę Jezusa Chrystusa, doznając prawdziwego bólu – nie tylko duchowo, ale doświadczając go również fizycznie na swoim ciele. „We Mszy św. – powiadał o. Pio – znajduje się cała Kalwaria”. W ukrzyżowanym z Gargano można było zobaczyć Ukrzyżowanego z Golgoty, gdyż w owych chwilach Ojciec Pio stawał się niewidzialnym ołtarzem dla Jezusowego Krzyża. Jednej ze swoich córek duchowych, która nie mogła zrozumieć, w jaki sposób stygmatyzowany kapłan wytrzymuje tak długo, stojąc przy ołtarzu, odpowiedział: „Nie mogę się zmęczyć, ponieważ kiedy celebruję Mszę św., nie stoję, ale wraz z Jezusem wiszę na krzyżu i cierpię wszystko to, co Chrystus wycierpiał na krzyżu, tyle ile jest możliwe dla ludzkiego stworzenia. Pan zechciał złączyć mnie z wielkim dziełem odkupienia ludzkości i to bez mojej jakiejkolwiek zasługi, a jedynie dzięki swej najwyższej dobroci”. Dla niego ołtarz i Kalwaria, Postacie eucharystyczne i Jezus, który umiera, były tym samym. On przy Ołtarzu stawał się żywą Hostią. Drodzy, patrząc na życie o. Pio ludzkimi oczyma, można dostrzec jak wiele niesprawiedliwości doświadczył, jak wiele cierpień musiał znieść, trudnych decyzji i prześladowań ze strony różnych ludzi. Z jednej strony był znany i podziwiany, a wielu przybywało do SGR by choć zobaczyć, dotknąć znanego na całym świecie Stygmatyka. Z drugiej strony, znamienne są jego słowa, wyrażające pragnienie: „Chcę być tylko pokornym bratem, który się modli”. Nie szukał swojej chwały, ani uznania u ludzi, ale cały sercem, całym życiem przylgnął do ukrzyżowanego Pana. To On stał się jego ucieczką i oparciem w chwilach cierpienia, ratunkiem w chwilach niesłusznych oskarżeń i prześladowań tak ze strony ludzi Kościoła, Zakonu, jak i świata. Pisał: „Przechowuj w swym sercu Jezusa Ukrzyżowanego, a wszystkie krzyże świata wydawać ci się będą różami”. Podsumowując swoje życie z okazji jubileuszu zakonnego, o. Pio podyktował słowa na pamiątkowy obrazek. „Pięćdziesiąt lat życia zakonnego, pięćdziesiąt lat przybicia do krzyża. Znane jest również jego stwoerdzenie: „Jestem przerażony, a moje cierpienie jest takie, że wątpię czy większego cierpienia może doświadczyć dusza w obliczu śmierci. Nie mogę tego zrozumieć, jedynie wiem z pewnością, że czuję palące pragnienie, by chcieć bardzo cierpieć i nieustanną potrzebę, aby mówić Bogu zawsze: albo cierpieć, albo umrzeć, ale raczej zawsze cierpieć, a nigdy nie umrzeć”. Ojciec Pio chciał cierpieć, by upodobnić się do Jezusa i być jak On ofiarą doskonałą ku chwale Ojca. Zakochany w krzyżu stygmatyk z SGR uważał cierpienie za swoją radość i za swój przywilej, który został mu udzielony przez łaskawość Boga. „Nie pragnę bynajmniej, by krzyż stał się lżejszy, ponieważ cierpienie z Jezusem jest mi drogie. Pragnę cierpieć coraz bardziej i cierpieć bez pocieszenia. Tutaj ma swe źródło cała moja radość”. Zanurzony w Chrystusowym cierpieniu o. Pio był świadomy jego wartości. Umierając dawał swoje życie za zbawienie świata. Niekiedy specjalnie prosił o jakieś krzyże, by w ten sposób odzyskać dusze zatracające się w grzechu. Jeśli szatan tak często go atakował, to z tego względu, że o. Pio wyrywał mu dusze zmierzające na potępienie. Niesienie krzyża wraz z Chrystusem zostało wyrażone przez określanie o. Pio mianem Cyrenejczyka. Takiej symboliki użył artysta i wykonawca Drogi Krzyżowej w SGR oraz o. Alessandro da Ripabottoni autor książki o takim tytule. Zresztą jeden jak i drugi powtarzali to, co sam o. Pio wyznał w słowach „każdego dnia przyjmuję postawę pokornego Cyrenejczyka, by dźwigać krzyż grzechów całej ludzkości”. Drodzy, kończąc nasze rozważanie, pragnę zaznaczyć z mocą i przekonaniem, że krzyż mówi o bliskości Boga, który stał się jednym z nas, przeniknął ludzkie cierpienie do tego stopnia, że człowiek, nie jest już samotny w swoim bólu. Bóg zdecydował się na taki krok by powiedzieć mi o swojej miłości do mnie. Chciał cierpieć dla mnie, chciał przeżyć to, co ja w moim życiu doświadczam. Więcej, wziął to wszystko na siebie, też moją słabość i mój grzech i dla mnie pozwolił się zabić. Przecież był niewinny, nie musiał cierpieć, ani umierać. Nic złego nie zrobił, poszedł tam z miłości do nas. Dlatego Pan zaprasza nas dziś, jak kiedyś o. Pio, byśmy chcieli 5 przylgnąć do krzyża, przytulić się do niego – w nim bowiem, w tym znaku kryje się potężna miłość Pana. Krzyż więc to nie narzędzie zbrodni, ani znak przegranej Boga, ale dowód Jego miłości. Droga cierpienia, droga krzyża jest trudna, ale Jezus uczynił ją właśnie drogą miłości. Mało tego, krzyż jest też zapowiedzią tego, co potem, obietnicą czegoś więcej. To rzeczywistość, która odsyła nas dalej, bo nie tu wszystko się kończy. Bo Jezus zmartwychwstał, pokonał ból, cierpienie, śmierć, także moją. Krzyż jest więc tylko koniecznym etapem, który każdy z nas musi przejść aby wejść do wiecznej radości. Dlatego krzyż jest nadzieją, obietnicą życia wiecznego, piękną perspektywą nieba. Stąd wpatrywać się w krzyż, nie oznacza adorować narzędzia zbrodni, ale oznacza skupić się na miłości: miłości Ojca do Syna, miłości Boga do nas. W centrum więc nie jest śmierć, cierpienie, ale miłość – miłość, którą Bóg wylewa na nas w znaku krzyża. Ten znak zawiera wszystko, co Bóg chciał powiedzieć człowiekowi. Nie bójmy się więc tego znaku, nie uciekajmy przed nim, czyńmy go często na swoich piersiach, nośmy go z dumą, wpatrujmy się w niego, adorujmy z miłością – tak wielu dla niego oddało życie, tak wielu dla niego było i jest prześladowanych, tak wiele razy on staje na drodze naszego, mojego, twojego życia. Jeśli go spotkasz, przyjmiesz, stanie się twoją nadzieją, miłością, twoją drogą do Pana. Jeden z naszych braci kapucynów, umierając w ogromnych bólach, gdyż od paru lat był dotknięty cierpieniem choroby, ułożył przepiękną modlitwę – pełną nadziei, która niech się stanie również dla nas pomocą w codziennym niesieniu krzyża. Napisał tak: „Kiedy spotkasz krzyż na drodze, kiedy ciężko będzie ci, nie mów nigdy już nie mogę, tylko Jezus pomóż mi. Drodzy, obyśmy żyjąc w bliskości z Panem tutaj na ziemi, nawet jeśli to wiąże się często z krzyżem i cierpieniem, mogli kiedyś cieszyć się wiecznym szczęściem w krainie, w której życie i radość nigdy już nie przemija. Tego doświadczają już święci, pośród nich i nasz o. Pio. Niech to stanie się kiedyś także i naszym udziałem.

26

LIS

2022

451

razy

czytano

swietykrzyz.pl

Prośba o modlitwę

Ogłoszenia duszpasterskie

Intencje mszalne

Księga gości

0

LICZBA OBLATÓW POLSKIEJ PROWINCJI

0

LICZBA OBLACKICH PLACÓWEK W POLSCE

Czy wiesz, że...

Co w trawie piszczy

strona głównaaktualnościGaleria 2022SanktuariumNowicjatOblaciKontaktProjektyPolityka prywatności
Święty Krzyż - Klasztor Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej.
Pasja
tworzenia

osób online: 3

Polityka prywatności Kanały RSS Mapa serwisu
SYSTEM ALP VISUAL PLUS | ALPANET.PL

WYSYŁANIE I ODBIÓR POCZTY

ZARZĄDZANIE POCZTĄ

ZARZĄDZANIE SERWISEM

STATYSTYKI ODWIEDZIN

KONTAKT

ul. Święty Krzyż 1
26-006 Nowa Słupia
NIP: 661 165 88 90
REGON: 040002752
Numer konta bankowego:
71 1240 1372 1111 0010 2122 5384

Telefony i adresy e-mail:
tel. 41 317 82 78 (awaria telefonu)
tel. 41 317 70 21 (awaria telefonu)
Prosimy dzwonić na następujący telefon +48784718580
e-mail: infoswkrzyz@gmail.com
e-mail: admstr@swietykrzyz.pl

Poleć stronę
Wypełnij formularz polecający nasz serwis WWW
Formularz zapytaniowy
Wypełnij formularz kontaktowy
Facebook
Opinie
Dodaj wpis
Zobacz wpisy
Prośba o modlitwę
Dodaj prośbę o modlitwę
Zobacz wpisy

Twoja przeglądarka internetowa, bądź system operacyjny, nie wspierają lektora w podanej wersji językowej.